Sztywny jak wolnościowiec

utworzone przez | 0 komentarzy

Kiedy ostatnio byłeś na imprezie „wolnościowej” gdzie ktoś miał gitarę? Kiedy ostatnio byłeś na konferencji czy zjeździe, gdzie ubrani w marynarki stanowili poniżej 90%? Już słyszę kontrę – jestem wolnościowcem i ubieram się w garniak bo tak lubię.
Ty.
Przypadkowo przyjechali dziś sami miłośnicy garniaków?

Przypinam sobie taką scenę, pierwszą lekcję o buncie i konformizmie.

Lata dziewięćdziesiąte. Graliśmy w kapeli coś na kształt metalu. W dodatku w mieście, gdzie niedzielami nie ma za dużo rozrywek (dziś to się nazywa „niedziela odzyskana dla rodziny„). Więc któregoś razu idziemy z kumplami na giełdę punkową. To takie miejsce, gdzie co miesiąc przyjeżdżają „brudasy” i handlują kasetami z nagraniami swoich skromnych kapel. Miła atmosfera, tanie winko w plastikowych kubkach (wina dużo, ale średnio 2 kubki na 10 osób, bo już wtedy dbano o ekologiczny footprint) i wszechobecne manifestowanie swojej odrębności.

A jak się manifestuje odrębność będąc punkowcem?

Ano nakłada się odpowiednie spodnie, najlepiej poszarpane w czarno zieloną kratkę. Wpinasz w nie 60% zakupionych na poprzednich giełdach wpinek, o ile wszystkiego nie zasłaniają naszywki. Potem tiszert, ten z kapelą, której nikt nie zna. W tiszert wpinasz kolejne 50% wpinek. Jak jest jesień albo zima to kurtka. Na kurtkę wpinasz pozostałe 40% wpinek. (Matma wpinek się dawno przestała zgadzać, ale matma noł fiuczer). We włosy cukier z barwnikiem do ciast, na ramię torba z przekreśloną brytyjską królową i idziesz łamać reguły.

Tylko PUNK-tualnie, bo giełda trwa jakieś dwie godziny, głupio się spóźnić… i nie wypić wina.

Na giełdzie spotykasz jakieś 30 osób w takich samych spodniach, takich samych kurtkach, z identycznymi naszywkami, równie głośno domagających się uznania ich niepowtarzalności. Narzekacie na to że Chumbawamba się sprzedała, że kościół, że chciwość, że faszyzm, że CIA podsłuchuje Mandelę. Wspominacie jak to jakiś naczelny pancur bez szkoły spuścił albo dostał wpierdol. I jest fajnie, bo poza waszym anarchistycznym i nonkonformistycznym kręgiem są tylko zgredy, nacjonaziści i nauczyciele. Za miesiąc to samo. Naszywki, wino, Mandela, kasety, wspomnienia, matma noł fiuczer.

Na gruntach punkowych giełd, zinów i koncertów w podziemiach publicznej toalety wyrosło środowisko, które wciąż ma problem z pieniądzem, konformizmem i brytyjską monarchią.

NIEDOBÓR REWOLUCJI

został zrekompensowany ewolucją, która wytworzyła w post-brudasach cechę, której szczerze zazdroszczę. Potrafią się ze sobą bawić. Potrafią zarażać przypadkowych ludzi entuzjazmem. Oni naprawdę wierzą w to, że wystarczy spalić pieniądz, by wszyscy byli bogaci. (Z tymże najpierw zdaje się trzeba go wszystkim rozdać. Albo potem? Nie pamiętam już.) I trzeba te idee nieustannie zanosić pod strzechy.

Przykładowo w Hiszpanii, podczas corocznie urządzanych „Fiesta de la calle”, (sąsiedzkie pikniki na zamkniętych specjalnie ulicach) pełno jest inicjatywy środowisk, których członkowie nie zdejmują z siebie koszulek z Che i Leninem nawet do kąpieli. Może przez to trochę beklaszują higienę. Ale gdy fiesta się zacznie nie polecają poczytać Rothbarda. Przynoszą na imprezę ukulele, cajon, gitarę i grają Imagine Lennona. Lekko nasączonym sangrią sąsiadom miło się słucha o „no posessions”.

Są rozmowni. Gdy ktoś wejdzie w temat politycznie dowie się, że nasi czegewaryści chcą mu nieba uchylić. Metaforycznego nieba, oczywiście, za niemetaforyczne pieniądze odebrane pańskim wyzyskiwaczom, jak to robił Lenin, który był dobry. A Stalin? Stalin nie był komunistą, tylko stalinistą. W dodatku prawicowcem, który zlecił zamordowanie lewicowca Trockiego. Dumnie określają się jako antyfaszyści, więc jeśli ktoś im się przeciwstawia to z całą konsekwencją logiki musi być Pinochetem.

A do tego są niesłychanie uprzejmi, przyjacielscy i wyluzowani.

A MY?

Tak zwani wolnościowcy. Urządzamy konferencję, na której sami siebie przekonujemy, że nie mamy nic wspólnego z Pinoczetami tego świata, bo nawet nie za bardzo lubimy Miltona Friedmana za coś co powiedział milion lat temu o podaży pieniądza.

Nakładamy marynarkę, pucujemy wpinkę z Misesem, przygładzamy włosy i ruszamy walczyć z systemem. Punktualnie zajmujemy miejsce w rządku sklonowanych wydawałoby się zwolenników indywidualizmu, różnorodności i wolności osobistej.

Jak to jest, że środowiska promujące najmniej wolnościową ideologię i nieustannie usprawiedliwiające komunistycznych tyranów potrafią utrzymywać wizerunek postępowych aniołów pełnych dobrych intencji? 

Czyżby dlatego, że ci, którzy promują ideologię realnie przeciwstawną kradzieży i wojnie oddali im pole?

Sprowadźmy to do największego możliwego uproszczenia.

Promujący ideologię, której konsekwencją jest ZAWSZE gigantyczna tragedia są wyluzowanymi, sympatycznymi ludźmi, a ci którzy ze zniewoleniem walczą wyglądają jak agenci reżimu.

Oni mają Ocasio-Cortes, trzy czwarte Hollywood, PR Obamy i Rage Against the Machine na soundtracku. My Rona Paula na emeryturze i BackWordz. Zajebista kapela, ale kto o niej słyszał?

Mamy TRZY DROGI, którymi możemy pójść.

  •  urządzić konferencję, na której kolejno odczytamy postulaty na tle prezentacji.
  •  przebrać się w podarte dżinsy i zacząć grać na gitarze.
  •  ogarnąć się i zorientować czy jesteśmy w odpowiednim miejscu.

Bo może dużej części z nas nie pasuje garnitur. Może wszyscy czujemy wyczerpanie konwencji konferencyjnej. Może mimo naszego deklaratywnego umiłowania indywidualności mamy coś ze stadnego zwierzęcia i dostosowujemy się do tłumu wokół. Może na pierwszą konfę przyszliśmy w szortach, ale na piątą już kupiliśmy gajerek (nie daj panie z muchą).

Osobiście nie bez przyczyny zacząłem od gitary, bo z czasów liceum i studiów zostało mi proste uogólnienie: imprezy bez gitary zawsze przegrywały z tymi, gdzie muza była na żywo. Imprezy w garniaku przegrywały z imprezami w tiszercie. Imprezy w hotelowej restauracji zawsze przegrywały z knajpami, które przegrywały z domówkami. A wszystkie imprezy wolnościowe jakie zaliczyłem przez ostatnie lata składają się z samych „przegranych” elementów. I tym samym naklejamy sobie wpinkę. Taką z dużym napisem „przegrani”.

Konferencje wolnościowe, jakie mieliśmy w Polsce w ostatnich o pięciu latach są fantastyczne. Z tej strony mamy zaplecze intelektualne, które post-brudasów wysyła na czerwoną planetę. Jednak integrowanie społeczności wolnościowej tylko i wyłącznie wokół konferencji to jak zachęcenie do powrótu na studia z wyłączeniem życia studenckiego, spontanu i zabawy. Same wykłady, kolumny, prelekcje.

Dokładnie od tego uciekałem jeszcze kilka lat temu, a dziś znoszę z ciężkim sercem, bo czuję, że te anturaże nie przyciągają ludzi.

Więc albo wolnościowcy to autystyczne dziobaki z głowami wypchanymi rachunkiem różniczkowym i życiorysem Konkina, albo.. zwyczajnie ci nieco bardziej życiowi i wyluzowani nie mają dla siebie miejsca i odbijają się od klamki.

Dlatego – call to action – proponuję.

Spotkajmy się tej jesieni na czymś co nie przypomina konferencji. Na luzie. Ja wezmę gitarę albo cajon (nawet ostatnio wolę), a ktoś (może Ty) coś innego do robienia rytmicznego hałasu. [ Ustalimy datę na Agentowym Uniwersum. ]

Poczekajmy tylko aż otworzy się w Warszawie ŚWIETLICA WOLNOŚCI i spotykamy się na pierwszej wolnościowej antykonferencji. Wprawdzie w knajpie, ale za to w jej podziemiu. I nie pozwalamy na prelekcje nikomu kto przyszedł w marynarce i jest trzeźwy.

Na koniec parę nutek ze wspomnianej powyżej kapeli.

Także na blogu
Share This