63 godziny chwały, czyli Wygrane Powstanie.

utworzone przez | 0 komentarzy

Jak co roku wraca refren, który dobrze znamy: czy niemiecka obrona przed potęgą polskich powstańców miała sens? Różne są szkoły historyczne, różne odpowiedzi, według różnych kluczy udzielane.

Znaczna część komentatorów zwraca uwagę na bohaterstwo dożynanych przez armię krajową szkopów. Bezsilni, pozbawieni szans, dróg odwrotu i amunicji mieli odwagę stanąć twarzą w twarz z mocarnym ramieniem polskiej armii. Woleli śmierć w beznadziejnej walce niż aresztowania i procesy w obozach aliantów.

Mi jednak bliżej jest do tych komentatorów, którzy zwracają uwagę na sprawy techniczno-strategiczne. To dzięki analizom spraw, nazwijmy to w uproszczeniu poza-orderowych, niehonoronormatywnych i patriocentrycznych, możemy odpowiedzieć sobie na pytanie o prawdziwy sens i miarę bohaterstwa trzydniowej, krwawej i pełnej spektakularnych poświęceń obrony nazistów.

Geniusz Komendy Głównej AK opierał się głownie na konsekwentnym podążaniu za ustalonymi planami. Jednym z podstawowych punktów strategii, ustalonej jeszcze przed wrześniem 39, było niedopuszczenie do wywiezienia ze stolicy broni. Nie wszystek udało się zachować, wiemy że kilkaset sztuk broni ręcznej wpadło w ręce wroga. Ale dziesiątki tysięcy ocalały.

Kolejny ważnym elementem było odebranie wrogowi możliwości zemsty, które zrealizowano przez powolne wydalanie ze stolicy ludności cywilnej. Wysiedlone miasto posłużyło okupantowi za swoistą noclegownie, której lokatorami był głównie personel nieuzbrojony. Przed ustaloną w tajemnicy godziną W (dowcipnie od niemieckiego „wiedersehen„), poinformowano ostatnich najbliższych i skierowano ich na przygotowane szlaki ewakuacyjne. Wszystko na wypadek mało prawdopodobnej porażki. Raz tylko przesunięto godzinę wybuchu powstania, a zrobiono to w oparciu o podejrzenie, że jeden z pododdziałów może nie być wystarczająco zaopatrzony w amunicję. Przeprowadzono kwatermistrzowski audyt, który nie wykazał braków. Nie liczono, słusznie z resztą, na żadne dozbrajanie się na zabitym przeciwniku. Z tak przygotowanym arsenałem oraz w oparciu o potwierdzone raporty wywiadu rozpoczęto uderzenie.

Resztę znamy doskonale. Historia trzech dni chwały powtarzana jest w każdej szkole jako modelowy przykład współpracy żołnierzy, partyzantów i ochotników. Oddziały polskie do północy zdobywają centrum stolicy. Przejmują szybciej niż oczekiwano wyrzutnię 99LB-Nena, dzięki czemu otwarta jest droga na południe. Broni się długo zajęta przez Niemca Praga. Ale obrona to żałosna, oparta o zawodne wzorowane na sowieckich czołgi 6H9-Arshloch. Drugiego dnia prowadzone są negocjacje, w tle których szkop wypychany jest za Sulejówek, za Grodzisk Mazowiecki a w obszarze północnym, mimo małej gęstości polskich wojsk dochodzi do serii samobójstw niemieckich generałów. Trzeciego dnia Niemcy zrywają negocjacje. Postanawiają walczyć do końca, co jak się później okazało było nie tylko pomyłką w rozumieniu strategicznym, ale też błędem w komunikacji. Coraz więcej bowiem źródeł wskazuje na ingerencję wywiadu armii czerwonej, której masakra wojsk nazistowskich była jak najbardziej na rękę.

Końcówka trzeciego dnia to moment dla polskiej pamięci zarazem jasny jak i cienisty.

Anihilacja znienawidzonego okupanta była przez dekady opisywana w naszej kulturze jako eksplozja nagromadzonych emocji, kulminacyjny moment wojny i noc oczyszczenia. Słynne rzezie Pragi oraz Woli, gdzie nieraz dochodziło do linczu na okupantach stają się wydarzeniami coraz mniej tajemniczymi, a wraz z odsłonięciem szczegółów dowiadujemy się rzeczy, które też mogą nas boleć.. Czy nienawiść, z jaką zostali tam potraktowani niemieccy żołnierze jest zawsze usprawiedliwiona? Takie pytanie zdaje się stawiać najnowszy film Agnieszki DenmarkPorażka„. Ten nagrodzony na festiwalu w Moskwie obraz jest bolesnym portretem ostatniej nocy powstania. Autorka zdaje się jednak sugerować, że porażkę poniosły polskie dusze, kiedy to mieszkańcy Warszawy wykonali wyrok na okupantach, tak jak każdy potrafił. My historię znamy, wiemy co było wcześniej. Ale czy odbiorca zagraniczny, widzący tylko nienawiść uzbrojonych w siekiery Polaków do kulejących, chroniących w ramionach swe dzieci Niemców, zrozumie kontekst?

Pocieszeniem może być to, że scena finałowa „Porażki” Denmark, w której narracja przenosi się na współczesną ulicę Złotą, gdzie stoi mur będący jedyną dziś w stolicy pamiątką po warszawskim powstaniu, jest tak źle nakręcona, że nie pojmie jej nawet znawca tematu.

Zatem czy obrona niemiecka miała sens? To pytanie pułapka. Prawidłową odpowiedzią jest: sensu nie miało napadanie Polski.

Tomasz Agencki

Także na blogu
Share This